Artykuły o Ameryce Łacińskej

< Powrót do artykuły

GRANICA I KOLUMBIJSKIE ZALOTY

Tak, tak. Jestem juz w Kolumbii. Po paralotni ochlonelam troche i zdecydowalam ze noca wyjezdzam z Meridy. Okolo 4 nad ranem bylam juz w Maracaibo. Godzina malo odpowiednia do samotnych spacerow po dworcu. Moj sasiad z autobusu, poczciwy starowinka, pomogl mi znalezc polaczenie do Maicao. Przed autobusem poznalam Pedro, kartaginczyka w srednim wieku, ktory odtad byl moim prywatnym ochroniarzem.

Przez cala podroz kontrolowano nas regularnie co pol godziny. Podczas jednej z kontroli mundurowy wyjasnil mi, ze moja wiza jest wazna tylko do 15.10.2005 czyli jest niewazna. Wyjasnilam mu, ze to i tak o wiele dluzej niz bede w Kolumbii. Facet sie uparl, ze wiza musi miec miesiac waznosci i ze nie wjade i juz. Tylko mnie zdenerwowal, wiec z nim nie dyskutowalam.

Granica. Oplata wyjazdowa z Wenezueli 30 tys bolivarow. Ladnie sobie licza. Okazalo sie, ze nei mam jakiegos waznego dokumentu, ktory powinnam byla dostac przy wjezdzie. Cienki mial racje, zeby pojsc do ambasady Wenezueli w Wwie i wziac ten dokument. Na prozno prosilam o te kartke na dworcu lotniczym w Caracas. Nie mieli. Teraz trzeba rzezbic. Kilka minut dyskusji. Pieczatka wyjazdowa w paszporcie jest. Idziemy dalej. W liczbei mnogiej dlatego, ze moj ochroniarz caly czas mi towarzyszy i skutecznie odgania wszystkich naciagaczy, granicznych zlodziei, konikow i cala mase, ktora kreci sie wokol mnie. Teraz tylko pieczec kolumbijska i bedzie ok. Przy okienku stoja juz od 10 minut dwaj faceci z Iranu wraz ze swoim przewodnikiem – tlumaczem. We trojke stanowimy jedynych zagranicznych turystow w naszym autobusie. Maja jakies problemy, czekaja kolejne 10 minut. Zdaje sie, ze jednego nie chca wpuscic. Przechodza na kontrole osobista. Po kilku minutach wychodza mocno zdenerwowani. W tym czasie zajeto sie moim paszportem. Sprawdzono dane, paszport, wize, zazadano adresu hotelu w Cartagenie. Adres oczywiscie mialam pod reka, staram sie byc przygotowana na takie niespodzianki. Casa Viena, prosze bardzo, calle San Andres. Krotka rozmowa po co ja jade i stempel, a raczej nadrukowana komputerowo informacja w paszporcie. Wymiana kasy, w ktorej pomaga mi Pedro. Kurs zlodziejski, wymieniam tylko 25 dolcow na podroz. Potem czekanie na pozostalych. Dosc dlugie czekanie, bo prawie godzine. Czekamy na dwoch turystow z Iranu, rzecz jasna. W koncu jeden wraca, drugiego nie wpuscili.

Dojezdzamy do Maicao. Tam kolejne oczekiwanie na polaczenie do Cartageny. Na dworcu kilku mundurowcyh z napisem Policia Militar. Sprawdzaja dokumenty. Jeden z nich podchodzi do mnie. Wyciagam paszport. Ale nie chce ogladac paszportu. Przysiadl sie, a ja zesztywnaialm ze strachu. W koncu to moja pierwsza stycznosc z Kolumbia, a nasluchalam sie opowiesci nei z tej ziemi. Zaczal zagadywac skad jestem. Jak dowiedzial sie, ze z Polonii zaraz zaczal dyskusje o papiezu Polaku. gdy juz sie troche uspokoilam wypytalam go szczegolowo o podrozowanie autobusem, bezpieczenstwo, napady etc. Twierdzi, ze kilka lat temy bylo super niebezpiecznei z powodu guerilli, teraz jest ok. Co prawda zdarzaja sie porwania, ale glownie turystow z USA. Czasami jest jakis napad na autobus, ale nad tym zapanowac nie moga. No i kradzieze i napady rabunkowe w miastach sa na porzadku dziennym, niestety. W Bogocie bardzo czesto napada sie na turystow. Wyciagniety aparat, kolczyk w uchu, swiecidelko na szyi tylko zwabiaja zlodziejaszkow. Ale Kolumbia to piekny kraj i przekonuje mnie, ze bedzie mi sie podobalo. Potem Oscar nosi moj bagaz po terminalu. Facet z Iranu rozklada szeroko rece, smieje sie i mowi: jak to zrobilas dziewczyno? Na koniec proponuje zdjecie, tlumaczac ze to nie lada gratka dla turysty. No wiec w taki oto sposob mam fotke z kolumbijska Policia Militar.

Podczas podrozy do Cartageny Kolumbia zaskakiwala mnei tylko pozytywnie. Sympatyczni ludzie w autobusie, piekne krajobrazy, dobrze przyrzadzona ryba na obiad (po tych wenezuelskich kurczakach to mi wszystko smakuje). Mialam nawet pierwszego zalotnika, ktory po dluzszej obserwacji wreczyl mi kartke z napisem -tienes ojos muy lindos- czyli prymitywny tekst o pieknych oczach. Myslalam, ze pekne ze smiechu, staralam sie jednak byc powazna. Po chwili otrzymalam druga kartke – casada? (mezatka). Kiwnelam glowa ze nie. Zaraz szybciutko napisal – yo tampoco (ja tez nie). I odtad siedzial sztywno z wypieta piersia do przodu i co chwila spogladal. Ot, kolumbijskie zaloty…

Do Cartageny dojechalismy po zmierzchu. Fatalnie! Legalna taksowke pomogl mi zalatwic kapitan statku, ktory z cartageny mial plynac do Tokio. Poznalam go oczywiscie w autobusie, chwalil sie swoja kapitanska czapka i licznymi morskimi podrozami. Na ulicach korek, masa ludzi, muzyka, uliczne stragany i do tego ten cieply wilgotny zaduch. Oby tylko do hotelu i wtedy prysznic. Wjezdzamy na stare miasto, ale nei jestem w stanie cieszyc sie widokami waskich uliczek. Skupiona jestem raczej na drodze i na tym, bym nie zostala wywieziona w pole. Masa rozkrzyczanych ludzi jest dodatkowym czynnikiem stresogennym, tym bardziej ze zagladaja do taksowki przez otwarte okno, smieja sie. Probuje jakos zamknac to okno, ale w tym startym rupieciu tylko urywam raczke. W koncu jestesmy. Taksowkarz pomaga mi przeniesc plecak do bezpiecznego hotelu. Jest pokoj i to niedrogi. Obdrapany, w ktorym miesci sie tylko lozko i jest dodatkowy metr na plecak. Nie udaje mi sie ukryc obrzydzenia, gdy pokazuja mi go. Smierdzi stechlizna i wilgocia, duszne powietrze wisi i nie ma szans na rozproszenie go, bo nie ma okna na zewnatrz (tylko na korytarz). Pytam, czy maja cos innego. Maja, ale dla 6 osob. Wyglada tam samo, tylko ze trzeba dzielic stechlizne z innymi. To ja juz wole sama, bezpieczniej bedzie. Biore prysznic, rzucam sie zmeczona na lozko. Po 5 minutach jestem juz oblepiona potem. Probuje zasnac. Powoli przyzwyczajam sie do wilgoci, stechlizny, mroku…

Autor: Marta Podleśna-Nowak

Copyright © Latino Tour