Artykuły o Ameryce Łacińskej

< Powrót do artykuły

KRADZIEŻ W BIALY DZIEŃ I MASAŻE NA POPRAWE HUMORU

Cartagena de Indias. Powoli przyzwyczailam sie do upalu. Rano zwiedzam miasto, okolo poludnia wracam do hotelu, by przy wiatraku przeczekac najbardziej upalne dwie godziny i po poludniu wyruszam znowu w miasto. Uparcie szukam turystow. Ich brak powoduje, ze czuje sie troche nieswojo. Jestem tu drugi dzien i nie znalazlam ani jednego turysty europejskiego. Sa turysci, ale z sasiednich krajow i kolumbijscy studenci. Pewnie w sezonie jest wiecej Europejczykow.

Zdjec robie malo, albo prawie wcale. Kazde wyjecie aparatu z torby poprzedzone jest obserwacja terenu. Zwracam na siebie uwage, ilekroc wyjme aparat. W hotelu przestrzegaja przed kradziezami, ktore sa tutaj norma. Dlatego w miasto wyruszam bez paszportu, biletu i czekow podroznych. Wszystko zostawiam w hotelu, w depozycie, bezpieczniej. Proba wymiany 100 dolcow zakonczyla sie dla mnie fiaskiem. Ze stowki zostalo ok 14 dolcow w miejscowej walucie. Naprawde sprytnie mnie nabrali. Gdy liczylam kase w punkcie wymiany mialam dokladnie 208 tys. peso, gdy przeliczylam kase w domu bylo tylko ok. 28 tys. peso. Moglam sie domyslic wczesniej, bo dali mi jakos dziwnie bardzo duzo banknotow po 1 tys. Lacznie banknotow 1 tys. bylo wlasnie 28 i do tego 9 banknotow po 20 tys. peso. Plik banknotow byl spory, wiec nie skapnelam sie, jak zwineli mi w ostatniej chwili 9 banknotow ze spodu, wlasnie tych po 20 tys. Szczerze mowiac to nie wiem, kiedy to zrobili. Kase mialam caly czas na widoku. Byl jeden moment nieuwagi, kiedy wyciagalam paszport potrzebny do wymiany, wtedy na 3 sekundy spuscilam wzrok z kasy. Domyslam sie, ze pewnie wtedy zwineli banknoty szybko, sprytnie i skutecznie. Tyle sie nasluchalam o takich numerach i dalam sie tak nabrac. Wstyd.

Z drugiej strony to az 100 dolcow i tylko 100 dolcow. Uszczupla to zdecydowanie moj budzet, ale na szczescie to tylko czesc kasy i moge podrozowac dalej. Przyznam, ze z dusza na ramieniu szlam po poludniu wymienic kolejne 100 dolcow, do innego punktu tym razem. Znowu dali mi duzo banknotow 1 tys, tym razem ponad 40 sztuk. Zdecydowanie zazadalam banknotow tylko 20 tys. i powiedzialam, ze znam juz ten numer. Bez slowa wymienili banknoty. Udalo sie. Moglam byc wczesniej bardziej uwazna. Mam lekcje na przyszlosc.

Na poprawe humoru wybralam sie na plaze Bocagrande, polozona na polwyspie w ksztalcie litery L. To nowoczesna dzielnica turystyczna z drogimi restauracjami, eleganckimi hotelami, miejsce wypoczynku zamoznych Kolumbijczykow. Plaza nie jest zachwycajaca, waski pas piasku usiany krzeselkami, parasolami i mini-barami. Natychmiast pojawiaja sie handlarze blyskotek, napojow, koszulek, krzeselek plazowych, parasoli etc. Tlumacze, ze nie chce jesc, nie chce pic i nie chce tez siedziec na krzeselku, bo mam swoj recznik. Ida za mna jak cien, nie rozumiejac do konca, jak to mozliwe ze przyszlam na plaze Bocagrande i nic nie chce. Potem plazowe fryzjerki nie daja mi spokoju. Przyczepiaja sie jak rzep do moich wlosow. Przenosze sie w inne miejsce i jak tylko zasiadam spokojnie na reczniku znowu lapia mnie za wlosy i cos plota. Inne zaczynaja masowac moje nogi tlumaczac, ze maja jakis krem, dzieki ktoremu za dwie godziny bede czarna jak one. Na nic prosby, na nic tlumaczenia. Juz wiem, ze sie nie uwolnie od tej chmary. Pytam, ile chca za warkocze. Mowia, ze 10 tys. To ok. 5 USD (ok. 16-17 zeta). Jestem w stanie przyjac stawke. Pytam, czy za calosc place 10 tys. Wymiguja sie od odpowiedzi. W koncu mowia, ze zaplecenie warkoczy kosztuje 10 tys plus za kazda koncowke na warkoczu 2 tys. Pytam, ile to bedzie razem. Sprytnie powtarzaja w kolko, ze nie wiedza ile koncowek zuzyja na moje wlosy. Potem dowiaduje sie, ze na kazdy warkocz klada dwie, trzy koncowki, zeby warkocz sie trzymal. Mowie, ze nie dam sobie nic robic we wlosach, jak nie podadza mi ostatecznej ceny. Po chwili konsternacji podaja stawke – 40 tys. No, niezle. Biore recznik i bez slowa odchodze. Co za spryciary. Nie chca sie odczepic, ida za mna krok w krok. Mowie, ze moge dac za calosc 10 tys., jak pasuje to niech robia. Niezadowolone dyskutuja miedzy soba. W koncu zaczynaja robic. Powtarzam, ze 10 tys i ani grosza wiecej im nie dam. Jedna z nich bierze ow magiczny krem i zaczyna mi masowac nogi. Hmmm, jak przyjemnie… Nie odpedzam dziewczyny, pewnie zechce z 5 tys. Mysle, warto za te chwile przyjemnosci. Ciekawa tylko jestem, co to za specyfik. Pewnie zwykle maslo z brazowa pasta do butow. Wole nie wiedziec. Pachnie niezle. Po nogach przyszla kolej na rece, kark, plecy, brzuch. Mile szmeranie we wlosach. Odprezam sie. Idylla konczy sie jednak dosc szybko, gdy po skonczonym masazu slysze nad glowa – 30 tys. por favor. No, nie. Lekka przesada. Zirytowana mowie, ze nie jestem amerykanska turystka i ze lekko przesadzaja. Cene ustala sie przed robota i ze nie zaplace jej nic, po to by miala nauczke na przyszlosc, zeby nie oszukiwac turystow. Dziewczyna mieknie, juz chce 20 tys. Mowie, ze masaz wart byl 5 tys. i wiecej nie dam. Spuszcza cene do 10 tys i tlumaczy, ze to cena dla miejscowych. Konczy sie na tym, ze daje jej 6 tys. Niezadowolona odchodzi. Zaczynam sie martwic o swoje wlosy, zeby mi przypadkiem dziewczyny nie zrobily fiku-miku na glowie. Pytam o lusterko. Wolaja tamta od masazu, zeby przyniosla lusterko. Mija 5 minut, lusterka nie ma. Pytam po raz kolejny. Czekam kolejne 10 minut i lusterka nadal nie ma. Mowie, zeby przerwaly robote, bo musze zobaczyc co mam na glowie. W koncu obrazona masazystka przynosi kawalek czegos, w czym moge sie przejrzec. Okazuje sie, ze na przodzie mam warkocze ¨przyklejone¨ do glowy, a nie luzem, tak jak sie umawialysmy. Musza rozplesc kilka sztuk. W koncu koncza, place umowione 10 tys. Chyba nie jestem idealna turystka, bo handlarze, masazystki i fryzjerki juz do mnie nie podchodza. Mam w koncu swiety spokoj.

Autor: Marta Podleśna-Nowak

Copyright © Latino Tour