Artykuły o Ameryce Łacińskej

< Powrót do artykuły

WESELE W DZIELNICY NĘDZY

Dzieki poznanym Kanadyjczykom, ktorzy 20 lat temu jako studenci zyli tu, w Limie w dzielnicach nedzy, mialam okazje zobaczyc kawalek innej Limy. Przebywali tu w ramach organizacji dzialajacej na zasadzie wymiany. A wiec 3 miesiace Kanadyjczyk mieszka u rodziny peruwianskiej i potem wraz z jednym z czlonkow rodziny udaje sie na 3 miesiace do Kanady. Teraz, po 20 latach wielkie spotkanie.

Pueblos jovenes, w ktorej mieszkali to La Victoria. Taksowkarz kilkakrotnie pytal czy na pewno chcemy jechac do La Victoria. Przekonywal, ze to nie jest dobry pomysl, ze kradna, niebezpiecznie… Faktycznie, turysci raczej nie zapuszczaja sie wglab dzielnic nedzy. Drzwi otworzyl nam starszy pan, poruszajacy sie o lasce. Powoli weszlismy na gore niewykonczonego domu, bez dachu, o drzwiach z kartonu. Wewnatrz kawalek starego stolu, krzesla, kanapa, wyswiechtany dywan i cos co przypominalo telewizor. Rodzinka szalenie sympatyczna, usmiechnieci i trojka rozkrzyczanych dzieciakow, ktora po otrzymaniu prezentow byla w siodmym niebie. Zaraz wydobyli albumy ze zdjeciami z okresu sprzed 20 lat. Wydawac by sie moglo sluchajac ich opowiesci, ze okres pobytu Kanadyjczykow byl dla nich czyms szczegolnym, wyjatkowym. Pamietali wszystko, poczawszy od wspolnych sniadan, imprez tanecznych czy drobnych szczegolow jak taki, ze jeden z Kanadyjczykow przygotowal sok z awokado, ktory nikomu nie smakowal. Dziadek opowiadal o tym, co zapamietal. Caly czas po policzkach splywaly lzy. Niesamowite bylo to, jak po tylu latach ci ludzie byli ze soba zwiazani (miedzyczasie byly telefony, kartki, listy, paczki). Na wiesc o naszym pobycie zaraz pojawila sie blizsza i dalsza rodzina. Wspolnie zjedlismy genialna zupe z brokulow i kurczak z makaronem, popijajac Inka Kola – narodowym napojem Peruwianczykow, o zoltym kolorze. Turysci nie przepadaja za Inka Kola, dla miejscowych jest to nr 1. A´propos w Peru jako w jednym z nielicznych krajow spozywa sie wiecej Inka Koli niz Coca – Coli.

Na wieczor zostalismy zaproszeni na slub i wesele do przyjaciol. Po raz pierwszy wystapilam na weselu w jeansach i butach trekkingowych plus biala koszula zakupiona na targu w Otavalo. Obciach ze hej, ale co tam. Bylam jedyna babka w takim ubiorze, ale nie przyjeto tego bynajmniej w zly sposob. Milagros dzielnie przedstawiala mnie wszystkim, tlumaczac ze jestem amiga polaca. Zostalismy przedstawieni pastorowi i odtad pozostalismy specjalnymi goscmi.

Slub absolutnie w innym stylu niz katolicki. Na poczatku chor w bordowych plaszczach (taki jak z filmu Zakonnica w przebraniu) spiewa religijne piesni. W tym czasie goscie powoli schodza sie do kosciola. Jest wesolo, spiew i alegria. Potem przez srodek kosciola kroczy narzeczony z matka, nastepnie ojciec narzeczonej z matka pana mlodego. Potem druhny w identycznych sukienkach z druzbami. Wszyscy ida bardzo powoli, jak na zwolnionym filmie. Punkt kulminacyjny – wejscie panny mlodej z ojcem. Nastepnie zaczyna sie ceremonia. Czytanie ewangelii, przysiega malzenska. Chor wchodzi na scene, spiewa radosne piesni o milosci. Panna mloda bierze mikrofon i zaczyna spiewac piesc o milosci. Trzeba przyznac, ze glos miala genialny. Wszyscy usmiechnieci, szczesliwi, niemal tanczacy. Pan mlody placze. Odchyla rabek welonu i caluje ukochana. W kosciele oklaski i gwizdy. Wow, to bylo niesamowite doswiaczenie. Ile radosci, ile energii przy takiej ceremonii.

Po slubie wszyscy udaja sie do domu weselnego. Zadziwilo mnie brak stolow, same krzesla ustawione jak w teatrze i skierowane w strone sceny. Rozdaja ryz, zapakowany elegancko w koronkowy woreczek. Oczywiscie dostaje sie pannie mlodej. Bezlitosnie rzucaja w nia ryzem. Mysle ze ladnych kilka kilo ryzu odbilo sie od jej twarzy badz sukienki. Wygladalo to dosc niesmacznie. Panna mloda walczyla z ryzem przez kilka minut, bo cale wlosy, sukienka i za sukienka, welon, wszystko w ryzu. No i zaczelo sie. Mlodzi usadowli sie na scenie, pewien gosc o twarzy klouna przewodzil ceremonii. Zaczely sie podziekowania, przemowienia. Podano w elegankich kieliszkach Inka Kole (bylo to wesele ewangelickie – bezalkoholowe) i wznieslismy toast. Potem facet o twarzy klouna zapraszal na scene roznych ludzi, ktorzy glownie spiewali piosenki o milosci. Czekalismy z utesknieniem na moment, kiedy w koncu zlozymy te krzeselka i zaczniemy tanczyc. Czekalismy tez na cos do jedzenia. Jedzenie sie pojawilo po jakiejs godzinie w postaci malych slodkich ciasteczek, roznoszonych przez kelnerow pomiedzy stolikami. Kolejne wystepy, kolejne przemowienia, rzucanie welonu przez panne mloda, rzucanie muchy przez pana mlodego. A my wciaz na krzeselkach, juz tylki bolaly. Kanadyjczycy zaczeli narzekac tez na burczenie w brzuchu. Tance nie nadeszly nigdy, bo ewangelicy nie tancza. Za to bylo jeszcze wiecej piosenek, podziekowan, usmiechow, zdjec, wreczania kwiatow, lez i smiechu. Potem zaczely sie profesjolane zdjecia i po kolei kazdy wg wezwania wchodzil na scene aby miec pamiatkowe zdjecie z mlodymi. I tak przez ok 2 godziny. Potem mlodzi podziekowali za przybycie i pozegnali gosci, mowiac ze jutro wszyscy do pracy… Byla polnoc. Hmm, no wiec pozegnalismy sie z rodzicami mlodych, dostalismy prezent – maly bialy domek z napisem daty slubu i imionami malzonkow. Andre zapytal, czy to do jedzenia… Ten to potrafi sie upomniec. Zatrzymano nas i za 5 minut mielismy w garsci kurczaka z ryzem. No wiec tak zakonczylo sie wesele. Bedzie co wspominac…

Autor: Marta Podleśna-Nowak

Copyright © Latino Tour